Wolontariat w Afryce z AIESEC

20:00


Marzyłeś kiedyś o wolontariacie w Afryce? Nie wiesz jak spędzić dłuższe wakacje? A może szukasz "swej drogi”?  W takim razie zapraszam na wywiad z Eweliną Tylingaitė, która spędziła 1,5 miesiąca na wolontariacie w Ugandzie.

ZOBACZ TAKŻE:
wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė

Skąd w ogóle pomysł na wolontariat w Afryce?

Wszystko zaczęło od tego, że wstąpiłam na studia do Polski i Litwy, ale nie byłam pewna, czy to mój kierunek. Dlatego postanowiłam wziąć tzw. gap year, czyli przerwę od nauki, a w dodatku zawsze miałam takie marzenie by spędzić rok podróżując. Dlatego planowałam, że od września każdy miesiąc spędzę gdzieś w innym państwie, jednak doszłam do wniosku, że cały rok w drodze może męczyć, a i nie chciałam po prostu zwiedzać, chciałam coś więcej robić, być nie tylko gościem w państwie, a także poznać kulturę. Dlatego w końcu postanowiłam jechać na wolontariat, znalazłam stronę AIESEC, gdzie było dużo projektów i w końcu wybrałam Afrykę – o której marzyłam od dzieciństwa.


Jak reagowała rodzina na taki Twój pomysł?

Moi rodzice zawsze dobrze tolerowali moje wybory – nie zmuszali mnie studiować czego nie lubię. Gdy w grudniu powiedziałam tacie, że chcę jechać do Ugandy, to na początku zaczął się śmiać, myślał, że żartuję. Ale później odniósł się do tego bardzo poważnie, sprawdzał tę organizację, spotykał się z różnymi ludźmy – troszczył się o moje bezpieczeństwo. Bo zazwyczaj, gdy człowiek słyszy „Uganda”, to wyobraża sobie dziką pustynię i zero cywilizacji.

Gdy już podpisałam umowę, to chyba tylko wtedy rodzice zrozumieli, że naprawdę lecę. Mam emocjonalną mamę, przez jakiś czas płakała. To mnie bardzo bolało, że stwarzam tyle problemów. Ale szybko minęły emocje i zaczęliśmy pakować rzeczy i planować mój wyjazd.

Dziadkom powiedziałam dzień przed wyjazdem. Babcie miały szok, też płakały, a dziadkowie się śmieli, że jestem tak zwariowana i jadę do Afryki.

wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė

Jak wyglądały przygotowania?

Jest sporo rzeczy do załatwienia. Wiza, szczepionki, umowy, ubezpieczenie, jako jechałam nauczać angielskiego to sprawdzano mój poziom wiedzy, czy mam już jakieś doświadczenie... Dużo tego... Musisz też mieć jakieś oszczędności, bo to kosztuje . Myślę, że to jest takie wyzwanie, przed jeszcze większym wyzwaniem, które Cię czeka na wyjeździe. Mi to wszystko zajęło miesiąc, ale inni zazwyczaj przygotowują się dłużej.

Co musiałaś robić w samej Afryce?

Według opisu projektu, musiałam uczyć angielskiego w placówce, która jest szkołą i sierocińcem w jednym. Jednak, gdy przyjechałam, to się okazało, że w ciągu całego mojego pobytu dziaciaki mają wakacje. Dlatego musiałam uczyć w sierocińcu, czyli czymś je zająć w ciągu całego dnia. Dzieci jest tam dużo - ponad 70, w bardzo różnym wieku. Więc uczyłam ich gier edukacyjnych, razem się bawiliśmy i ogółem spędzałam z nimi czas.

wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė

No i przyjechałaś do Afryki...

Pierwsze dni spędziłam w domu wolontariuszy w mieście. Pamiętam przyjechałam, pokazali mi moje łóżko i zostałam sama, w pustym pokoju, gdzie panował okropny bałagan. Usiądłam i zaczęłam myśleć, co ja tutaj robię, co robię ze swoim życiem. Próbowałam sobie uświadomić jak bardzo daleko jestem. Napisałam koleżance, która mnie wysłuchała, poradziła przyjąć zimny prysznic (niby tam jakiś inny był :D ) i się uspokoić. Wieczorem już się śmiałam ze swojej reakcji.
Później pojechałam do tej wsi gdzie był sierociniec. Oczywiście gdy zobaczyłam ten sierociniec, warunki, w jakich żyją te dzieci, to normalnie miałam szok..

Najbardziej zapamiętałam moment, który uświadomił mnie, gdzie tak naprawdę jestem: gdy przyjechałam, to pani dyrektor sierocińca (u której między innymi mieszkałam) zawołała chłopczyka Josepha, aby on mi pokazał kozy. No i chłopak z zawzięciem opowiada mi wszystko, prowadzi za rękę, aż raptem ją puszcza, zostawia mnie i gdzieś biegnie, a po chwili wraca z jakimś  owocem w ręku. Wtedy to zobaczyłam, jak ważny dla tych dzieci jest nawet najzwyklejszy owoc.

wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė

Opowiedz więcej o tradycjach tego kraju.

Tam jest niesamowity szacunek do starszych osób. Gdy widzisz starszą osobę, to się witasz z nią na kolanach, nie ważne błoto, kałuża – w każdym wypadku padasz na kolana, by ukazać poszanowanie. Gdy dzieci chcą coś podać mamie, to też muszą stać przed nią na kolana.  Bo też ciekawe, że w domu gotowaniem, sprzątaniem itp. zajmują się dzieci, a nie mama.

Też jest taka tradycja, że gdy jesteś u kogoś w domu i Cię czymś częstują to musisz to jeść, nawet jak nie smakuje. I pewnego dnia siedzimy przy stole, rodzina jak zwykle na mnie patrzy, a posiłek jest strasznie nie smaczny. Wpadłam na pomysł, by spalić język gorącą herbatą. Bolało, ale nie czułam smaku, więc mogłam jeść.

Tam wcale inaczej wychowują dzieci... Dominuje siła fizyczna. Na poziomie państwowym starają się temu zapobiec, są kary za bicie dzieci, ale nikt na to nie zwraca uwagi. Pamiętam jakoś pani dyrektor wróciła do sierocińca, wzięła cztery kije i zawołała cztery dziewczyny w wieku 13-18 lat, które tak naprawdę dużo pracują. Pierwsza myśl – że pewnie będą w coś się bawić czy da im jakieś zadanie. Jednak ona postawiła ich na czworaka i zaczęła bić. Mam taki instynkt, że chciałam pobiec i jakoś im pomóc, jednak wiedziałam, że nic nie poradzę, bo jestem tylko gościem w tym kraju, to jest ich kultura...  W dodatku jeśli podejdę i przy tych dziewczynach powiem dyrektorce, że jej metody wychowania są złe, to ona straci nad nimi kontrolę... Znów miałam szok i rozpacz, że nie mogę nic zmienić.

wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė

Byłaś Muzungu wśród swoich?  

W Ugandzie (szczególnie w mniejszej wsi) wcale nie ma białych ludzi, więc gdy wychodziłam na spacer, to zawsze za mną biegały dzieci i w ślad krzyczały muzungu (co oznacza biały człowiek). Starsi też ciągle zagadywali, gdy mówiłam, że przyjechałam na wolontariat, to bardzo dziękowali i podziwiali, że nam, ludziom, którzy u siebie w Europie wszystko mają się chce przyjeżdżać do Afryki. Ale później inni gdy widzieli moje brązowe oczy, to mówiły, że mam jakieś korzenie z Afryki i że jesteśmy podobni.

wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė

Coś jeszcze, co Cię zaskoczyło?

„Inne warunki do życia”. W domu było mnóstwo różnych zwierząt: myszy, jaszczurki, jakieś owady. Ten dom mógł być nazwany zoo. Ciągły problem z elektrycznością. W tej wsi gdzie byłam w dni pracy często po prostu nie było prądu, więc musiałam wszystko ładować w mieście, w domu wolentariuszy. Często martwiłam się, że jak nie załaduję telefonu, to nie napiszę mamie, a ona będzie się denerwowała.
Druga sprawa – dzieci ciągle bawiły się żyletkami. Nie wiem skąd je brały, ale zawsze musiałam od nich je zabierać. Dzieci się gniewały, bo kto miał te żyletki, mógł manipulować innymi, więc miał „wyższe stanowisko”.
W Ugandzie wcale inaczej liczą czas. Jest nawet żart, że jest czas Ugandy i czas wszystkich innych. Są strasznie nie punktualni. Jeżeli mówią, że zabiorą Cię o 10, ale przyjeżdzają po 12 – to jest u nich normalne.

wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė

Co Ci się udało osiągnąć w ciągu tych 1,5 miesiąca?

Pamiętam pewnego dnia zobaczyłam w pokoju dziecko, które leżało i płakało. Płakało bez przerwy i nie dlatego, że było głodne czy coś, ale widziałam, że coś jest nie w porządku. Zaniosłam go do pielęgniarki, ona powiedziała, że nic mu nie jest i że muszę go zostawić. A widziałam, że dziecku coś strasznie dokucza, byłam w rozpaczy, sama zaczęłam płakać, pielęgniarka nie reagowała na mnie, więc jedyne co mi przyszło do głowy, to zaniosłam do dziecko dla dyrektorki. Jak sie później dowiedziałam, dziecku była potrzebna hospitalizacja. Czyli gdybym posłuchała pielęgniarki, to nie wiadomo jak by się to skończyło.
Później przyjechała jakaś wycieczka z Ameryki. Opowiedziałam tę historię, się okazało, że wśród nich był lekarz i to się kończyło tym, że lekarz sprawdził dzieciaków, wypisał potrzebne leki i oni zrobili zrzutkę i kupili te leki „w prezencie” dla sierocińca.
Kolejna historia z tym samym dzieckiem, była taka, że miało ono 2 latka, ale nie chodziło. Tak po prostu. Dlatego w ciągu swego pobytu postanowiłam, że nauczę je chodzić i się udało. Mam zdjęcie, gdzie w przeddzień mego wyjazdu ten chłopiec chodzi trzymając się za rękę.
 
wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė
Tak może wyglądać Twój wolontariat w Afryce, musisz tylko się odważyć. Jak widzisz, łatwo nie będzie, ale warto się starać. Jednak, jeśli nie możesz wyjechać, a chcesz wesprzeć sierociniec (w którym tak naprawdę brakuje wszystkiego – od wykwalifikowanego personelu, leków, po najzwyklejsze jedzenie) - możesz to zrobić za pomocą strony internetowej (tu). Wiem, że niektórzy z Was rozumieją po litewsku, więc odsyłam do wpisu Eweliny, gdzie ona opisuje warunki w sierocińcu (tu).
wolontariat; afryka; uganda; lithuanian girl; volunteer;
fot. Ewelina Tylingaitė
Masz jakieś pytania odnośnie wolontariatu? Napisz na priv lub w komentarzu, a postaram się Ci pomóc.

You Might Also Like

0 komentarze